DARMOWA WYSYŁKA POWYŻEJ 200 PLN / ZAPISZ SIĘ DO NEWSLETTERA I OTRZYMAJ 10% ZNIŻKI

Blog Kubota. Historia marki cz. 1.

Jak to wszystko się zaczęło?

Historia marki Kubota jest równie barwna jak jej pierwsi właściciele. Prawie 30 lat temu, jako młodzi ludzie tuż po studiach byli zdeterminowani, by spełnić swoje marzenia.

 

Jak to się stało, że kultowe teraz klapki Kubota trafiły na polski rynek? Skąd pomysł na handel towarami z Chin i jak na początku on wyglądał?

 

O tym i o kilku innych aspektach działalności przedsiębiorców w pierwszych latach kapitalistycznej Polski, opowiada Dorota, współzałożycielka i współwłaścielka marki Kubota.

 

Skąd pomysł na handel towarami z Chin?

 

Mój mąż, Wiesław, pierwszy raz pojechał do Chin zupełnie przypadkowo, jeszcze w trakcie studiów. Był rok 1991, gdy w akademiku na tablicy ogłoszeń zobaczył reklamę studenckiej wycieczki do Chin, organizowanej przez polskie biuro turystyczne „Almatur”. Mając kilkaset dolarów oszczędności z wakacyjnej pracy w Norwegii postanowił wraz z kolegą zwiedzić egzotyczne Państwo Środka.

Po sześciu dniach podróży przez Związek Radziecki i Mongolię mój mąż wraz z kolegą dotarli do Chin.

Pekin w latach 90.

Była to prawdziwa przygoda! Rosja, a właściwie rozpadający się Związek Radziecki, był na etapie ogromnych przemian, wszędzie panował totalny chaos. Pomimo wolności politycznej i gospodarczej, nie brakowało ograniczeń dla obywateli i gospodarki.

 

A jak wtedy wyglądał Pekin?

 

Zabudowa Pekinu w latach 90. wyglądała zupełnie inaczej niż dzisiaj. Było maksimum kilkanaście wieżowców. Resztę budynków stanowiły kilkupiętrowe budynki mieszkaniowe lub tzw. hutongi, tradycyjne chińskie zabudowania. Mieszkańcy najczęściej poruszali się rowerami, czasem autobusami, samochodów używali nieliczni.

 

Po przyjeździe Wiesław zobaczył m.in. Mur Chiński, Zakazane Miasto, Świątynie Nieba, Letni Pałac, ale to, co najbardziej zwróciło jego uwagę to… pobliski bazar. Zauważył, że mnóstwo Polaków nie jest zainteresowanych zwiedzaniem. Zaskakująco wiele osób spędzało całe dnie kupując na tym bazarze ogromne ilości rzeczy. Później pakowali je na rowery lub wynajmowali Chińczyków z rikszami, którzy zawozili je do pobliskich hoteli.

 

Wiesław dowiedział się wtedy, że praktycznie wszystko, co można było tanio kupić na tym bazarze, błyskawicznie sprzedawało się w Polsce. Był to czas tuż po Okrągłym Stole, kiedy granice zostały otwarte. Był za to notoryczny brak wszystkiego, poza musztardą i octem. Po powrocie do Polski mąż razem z kilkoma kolegami z akademika postanowił zająć się tym, co robili inni Polacy napotkani w Pekinie. Handlem.

Założyciele marki

Jak wspominasz pierwsze miesiące działalności?

 

Już pierwsze wyjazdy do Chin, mimo złej organizacji i braku doświadczenia okazały się bardzo opłacalne. Po kilku wyprawach cała grupa postanowiła się lepiej zorganizować. Logistyka wyglądała tak, że Marek, brat męża, żeby nie krążyć koleją co tydzień, spędzał w Chinach trzy miesiące. W tym czasie kupował od Chińczyków towar, który pakował w pociąg towarowy do Rosji. Tam w Moskwie czekał na towar inny kolega, który eskortował towar do Polski. Pozostali sprzedawali sprowadzony towar na polskich targowiskach, głównie na Stadionie Dziesięciolecia, obecnie Stadionie Narodowym.

 

I wtedy dołączyłam do nich ja. Z Markiem poznaliśmy się podczas wakacyjnej pracy w Norwegii. Wyjechałam do niej w desperacji, by przez wakacje zarobić pieniądze na studia. Prawie nie znałam języka angielskiego. Chodziłam więc ulicami i pytałam: “Work? Working? Work?”. Teraz wydaje się to nie do pomyślenia, ale my wszyscy byliśmy z niezbyt zamożnych, wielodzietnych rodzin. Wiedzieliśmy, że jeśli sami nie zarobimy na swoje marzenia, to nikt inny tego za nas nie zrobi.

 

Marek o mnie później pamiętał. Wiedział, że skończyłam studia i nie mogę znaleźć pracy. Napisał do mnie i zapytał, czy nie chciałabym do nich dołączyć. Zgodziłam się.

Handel Polaków w Chinach

Chińska rzeczywistość na początku lat 90. to musiał być inny świat?

 

Mieszkaliśmy w hotelu w dzielnicy położonej kilka kilometrów od centrum Pekinu. Tam mieściły się hotele, które były dla nas dostępne finansowo, a ponadto były położone stosunkowo blisko od bazaru. Bez problemu mogliśmy dowozić do nich na rowerach nasze wypełnione po brzegi jutki (wielkie plastikowe torby).

 

Gdy dołączyłam do biznesu, dzieliłam się obowiązkami z Markiem. Spędzałam w Pekinie kilka miesięcy, podczas których kupowałam towar na bazarze, zawoziłam go rowerem do hotelu, a później pakowałam w jutkach do pociągu. Tyle ile tylko zdołałam.

 

Pociąg towarowy, a właściwie dwa towarowe wagony, były podstawiane we wtorki i piątki. W te dwa ostatnie wagony trzeba było w 15 minut załadować jak najwięcej towaru. Toreb było zawsze trzy razy więcej niż miejsca, więc ludzie rzucali swoje rzeczy w pośpiechu, drzwiami i oknami.

 

Wtedy cokolwiek się przywiozło do Polski, w jakiejkolwiek ilości, sprzedawało się natychmiast. Ciągle odbierałam telefony: “Przysyłaj więcej! Czemu tak mało przysłałaś?”. A ja na przykład nie dałam rady wrzucić wszystkiego co miałam, bo było do załadowania 100 toreb, a miejsca na 50. I kilka grup Polaków, którzy mieli taką samą potrzebę wysłać swoje towary, jak ja.

Chińska wódka Sunflower

Na początku towar był przewożony w pociągach z przedziałami. Towary były kradzione, więc sprzedawcy umówili się na tak zwane eskorty. Ja nigdy nie jeździłam w eskorcie, ale mój mąż czasem tak. Wyglądało to w ten sposób, że dwóch Polaków w wagonie pilnowało toreb wszystkich pozostałych. Wagony były zupełnie zawalone bagażami, było tylko miejsce na kartonach tuż pod sufitem na tyle, żeby się wsunąć i spać.

 

Później zaczęliśmy przewozić towary wagonami bagażowymi. Na początku cały towar bez problemu docierał do Moskwy. Potem zaczęły się drobne kradzieże. Nie za duże, na kilkadziesiąt, kilkaset dolarów, ale jednak. Wagony był zamknięte, była w nim tylko obsługa, więc nie było wątpliwości, kto odpowiadał za kradzieże. Zaczęlismy dawać obsłudze drobne pieniądze, aby tylko pilnowali towaru, ale nie przyniosło to efektu.

 

Pewnego razu mój mąż z kolegą do kilkudziesięciu dolarów gotówki dołożyli karton Sunflowera – wódki kupowanej w Chinach. Ponoć smakowała nienajgorzej, pili ją wszyscy, na tranzycie i w hotelach. Transport, w którym obsługa otrzymała dodatkowo Sunflowera, był pierwszym, który dojechał w całości. Potem już nawet przestaliśmy dawać dolary. Karton Sunflowera w 99% przypadków załatwiał sprawę.

Początki marki Kubota

Jak zaczęła się przygoda z Kubotą?

 

Zupełnie przypadkowo. Los chciał, że zaczęliśmy sprzedawać obuwie. Z ubraniami był zawsze problem. Chińczycy lubili oszukiwać, większość towaru była zabrudzona albo uszkodzona. Przed wysłaniem do Polski trzeba było każdą rzecz sprawdzić czyli wyjąć z opakowania, obejrzeć, złożyć i spakować ponownie. I to wszystko przy kiepskim oświetleniu, bo żarówki były bardzo słabe. Obuwie sprawdzało się zdecydowanie łatwiej i szybciej.

 

Nie do końca pamiętam nawet, który z pośredników nam zaproponował klapki Kubota na rzep. Wiem, że się skusiliśmy, bo cena była bardzo niska, a jakość dobra. Kupiliśmy pierwszą partię, potem drugą. Sprzedaż Kubotów przerosła nasze najśmielsze oczekiwania! Nasz system przewozu koleją przestał być już wydolny. Ciągle przywoziliśmy za mało. Wtedy po raz pierwszy zamówiliśmy kontener z tysiącem par co pozwoliło ucywilizować cały biznes.

 

Niedługo potem sprowadzaliśmy już dziesiątki kontenerów, bo Polacy po prostu oszaleli na punkcie klapków Kubota…

 

Kolejny odcinek bloga będzie opublikowany na przełomie października i listopada.